Bulgotaj z poziomu podłogi
Zdaje się, że w jakimś wideo na kanale Adam Duff LUCIDPIXUL trafiłem na to inspirujące podejście (może bardziej między słowami?), że ze złych doświadczeń można czerpać inspirację i być dzięki temu lepszym artystą. Problem w tym, że zazwyczaj można być mimo to jakoś funkcjonującym człowiekiem, a co dopiero lepszym artystą. Fetyszyzacja cierpienia w karierze artysty to strasznie spierdolona i szkodliwa sprawa. Na wielu płaszczyznach. Przecież to może inspirować młodych zaczynających przygodę ze sztuką dzieciaków do wpierdalania się w autodestrukcyjne nawyki, żeby pasować do wizerunku zapijaczonego buca i innego przećpanego geniusza. To też może wymuszać określoną drogę zmagania się z traumą i tworzenia z niej części identyfikacji artystycznej, chociaż przecież tak być nie musi. Możemy coś zagrzebać, publicznie przemilczeć i tworzyć do końca życia rysunki przytulających się żabek. Będą po prostu słodkimi żabkami, a nie żabkami osoby z traumą. Trochę jak z kotami Louisa Waina, które są ciągle odczytywane w kontekście choroby psychicznej zamiast intencji autora. Większości ludzi traumy rujnują życie, a takie motywujące przemowy mogą ich przybić bardziej, bo jednak nie wyszli na światowe salony z poruszającą sztuką, tylko nadal, latami się zmagają z wyjściem z domu.
„Stay weird. Stay awesome!” to nawiązanie do przemowy Grahama Moora, ale nie wiedziałem, że to on i też pojebałem trochę cytat.